Krakowianie solidarni z Gruzją

Reakcja krakowian na łamanie praw człowieka w Gruzji

W pierwszą rocznicę inwazji Rosji na Gruzję

Opublikował/a nfajw w dniu sierpień 5, 2009

Flaga Gruzji

Szanowni Państwo,

8 sierpnia mija rok od kiedy kolumny sowieckich czołgów zdradziecko  zaatakowały Wolną i Dumną Gruzję, a sowieckie bomby zaczęły spadać na gruzińskie wsie i miasta.

Według brytyjskiego dziennika “Financial Times” zginęło wtedy około 1000 osób, w tym około 600 cywilów, 138 tysięcy osób uciekło z regionu, z których 30 tysięcy nie powróciło (są to głównie etniczni Gruzini z Osetii Południowej i Abchazji).

Rok temu Moskwa nie zrealizowała swoich celów, nie chodziło przecież o zajęcie Abchazji i Osetii Południowej, czyli 20 proc. terytorium Gruzji, ale przede wszystkim do obalenie prezydenta Gruzji Michaila  Saakaszwilego i rządu w Tbilisi dążącego do integracji z NATO .

Po roku względnego spokoju w Gruzji ponownie może dojść do wojny z imperialną Rosją.

Według rzecznika MSZ w Moskwie Andrieja Niestierienki Rosja wzmacnia gotowość bojową swoich sił w Osetii Południowej.

W czerwcu wycofano międzynarodowych obserwatorów z separatystycznej Abchazji i Osetii Południowej po zawetowaniu przez Rosję rezolucji przedłużającej ich misję. Na początku lipca Rosja przeprowadziła wielkie manewry Kaukaz 2009 którymi kierował generał Nikołaj Makarow, ten sam, który dowodził zeszłoroczną agresją na Gruzję. Ten sam scenariusz zrealizowano w 2008 roku kiedy przeprowadzono manewry Kaukaz 2008 co pozwoliło na przerzucenie 8000 żołnierzy i około 700 pojazdów. Tym razem może dojść do najgorszego, do zajęcia całej Gruzji.

Mając wszystkie te fakty na uwadze

Kluby „Gazety Polskiej”

i środowisko „Strefy Wolnego Słowa”

w sobotę 8 sierpnia,

w pierwszą rocznicę inwazji Rosji na Gruzję, o godzinie 18:00,

organizują pikiety przed ambasadą rosyjską w Warszawie i

konsulatami Rosji w

Poznaniu, Gdańsku i Krakowie.

Powiedzmy „Nie!” rosyjskiemu imperializmowi.

Poniżej zamieszczam reportaż Stanisława Markowskiego zrealizowany dla TVP-3 pt: “Solidarni z Gruzją”, przypominający demonstracje pod konsulatem w Krakowie.

http://video.google.com/videoplay?docid=-2615453511181913427&hl=pl

Zdjęcia z manifestacji pod ambasadą Rosji i konsulatami w 2008 roku można zobaczyć na stronie klubów „GP”: www.klubygp.pl. Nie przeniosłem ich do archiwum wiedząc, że niestety na tym nie koniec.

Pozdrawiam Ryszard Kapuściński

PS, wysyłam wzory „plakatów” do wykorzystania.

W sobotę 8 sierpnia o godz. 18:00

w pierwszą rocznicę inwazji Rosji na Gruzję

spotykamy się przed ambasadą rosyjską i konsulatami Rosji

w Poznaniu, Gdańsku i Krakowie.

Powiedzmy „Nie!” rosyjskim prowokacjom.

Plakaty  na pikietę

(nadal aktualne)

do pobrania z adresu :

Krakowski Klub „Gazety Polskiej” organizuje demonstrację pod hasłem „Czechosłowacja 1968 – Gruzja 2008”

http://gruzjakrakow.wordpress.com/2008/08/18/krakowski-klub-„gazety-polskiej”-organizuje-demonstracje-pod-haslem-„czechoslowacja-1968-–-gruzja-2008”/

Fotoreportaże

z ubiegłorocznych demonstracji :



Odpowiedzi: 3 do “W pierwszą rocznicę inwazji Rosji na Gruzję”

  1. nfajw powiedział/a

    “Pij gruzińskie wina, nie bój się Putina”

    http://fakty.interia.pl/polska/news/pij-gruzinskie-wina-nie-boj-sie-putina,1350273,3

    Sobota, 8 sierpnia (21:31)

    Demonstracje solidarności z Gruzją odbyły się w sobotę w kilku dużych miastach Polski. W Warszawie protestowano przed ambasadą Rosji; w Krakowie, Gdańsku i Poznaniu przed rosyjskimi konsulatami.

    Pikiety zorganizowano w związku z pierwszą rocznicą wybuchu wojny rosyjsko-gruzińskiej o separatystyczną Osetię Południową, która minęła w piątek.

    w Krakowie uczestnicy pikiety przed konsulatem Federacji Rosyjskiej krzyczeli m.in.: “Powiedzmy “nie” rosyjskiemu imperializmowi” i “Niech żyje wolna niepodległa Gruzja”.

    - Nie ma usprawiedliwienia na napadanie na swoich sąsiadów. Spotykamy się w pierwszą rocznicę trwania nienormalnej sytuacji, w której Rosjanie stale prowokują napięcia na nie swoim terenie – mówił do zebranych Ryszard Bocian z klubu Gazety Polskiej w Krakowie. Według niego, działania Rosji spowodowane są “chęcią uniemożliwienia dostaw nafty i gazu i szantażowania całej Europy”. – To nie jest partner, to szantażysta – mówił Bocian o Rosji.

    Rzecznik Porozumienia Organizacji kombatanckich i Niepodległościowych Jerzy Bukowski podkreślił z kolei, że “jest rzeczą oczywistą, że Polacy są zawsze po stronie narodów uciskanych i słabszych, które znajdują się w sytuacji, w jakiej Polska się znajdowała”. Dlatego – według niego – każda pikieta w sprawie Gruzji ma znaczenie, ponieważ jest wyrazem społecznego sprzeciwu”.

  2. nfajw powiedział/a

    ZACHÓD NIE WYCIĄGNAŁ WNIOSKÓW Z GRUZIŃSKIEJ LEKCJI
    środa 12 sierpnia 2009 11:36
    Sprawa gruzińska to wciąż sprawa polska
    Rosyjska agresja na Gruzję była brutalnie prawdziwa. Czy naga siłą znowu rządzi? – pytali Gruzini. Tak – odpowiada Michał Karnowski, zastępca redaktora naczelnego DZIENNIKA. Prawdziwa polityka przypomniała o sobie w krajach niepodległych. Również w Polsce. Zadziwiające jak łatwo tracimy z oczu to główne przesłanie tamtych wydarzeń.

    Na szczęście złe prognozy na razie się nie sprawdziły. Ale gdyby w rok po pierwszej sierpniowej wojnie gruzińsko-rosyjskiej ponownie doszło do starć, można z niemal 100-procentową pewnością założyć, że przebieg wydarzeń byłby identyczny. Rosjanie weszliby do Gruzji i właśnie docierali do przedmieść Tbilisi, Stany Zjednoczone wydałyby ostry komunikat, a Unia Europejska rozpoczęła gorączkowe narady, kto odpowiada za wypracowanie wspólnego stanowiska. A Polska? Tu również można założyć powtarzalność reakcji: Lech Kaczyński zerwałby się z urlopu i rozpoczął montowanie koalicji państw środkowo-europejskich. I znowu, liczyć by mógł przede wszystkim na bezpośrednich sąsiadów Rosji, doświadczonych w przeszłości jej carskim jeszcze czy stokroć gorszym sowieckim imperializmem. Obóz polskiego premiera wzywałby zaś do poczekania na reakcję Unii, a zwłaszcza decyzje obecnej, szwedzkiej prezydencji.

    I niestety, nie są dobre wnioski. Bo oto niemal 12 miesięcy po rosyjskiej agresji na Gruzję świat Zachodu nadal nie wie, jak odpowiedzieć na łamanie podstawowych zasad współżycia międzynarodowego przez Rosję. Co gorsza, po cichu pogodził się z formalną już aneksją części gruzińskiego terytorium przez ten kraj, przeprowadzoną pod hasłem uznania dwóch separatystycznych państewek. I jeśli wsłuchać się w szum debaty międzynarodowej na ten temat, to słychać już tylko modlitwy, by ten Saakaszwili wreszcie dał o sobie zapomnieć i dziękował Bogu, że jeszcze trwa. Nawet słowa demokratycznego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena w czasie ostatnich odwiedzin Gruzji brzmiały równie ciepło, ale też okrągle, jak wcześniej słowa kochanego w Gruzji George’a Busha, który doczekał się nawet swojej ulicy w Tbilisi – wielkiej arterii prowadzącej do lotniska. Ale gdy Gruzja znalazła się w potrzasku, pomoc nie nadeszła. I teraz też by nie nadeszła.

    No dobrze – słychać często głosy – nie jest dobrze, ale co właściwie można zrobić? Czy Europa ma przekreślić wszelkie relacje z Rosją z powodu małej Gruzji i jej skomplikowanego konfliktu? Czy Polska z tego powodu ma się wyrzec nadziei na poprawę stosunków z krajem rządzonym przez Putina? Nie, oczywiście nie. świat nie ma siły ani możliwości, by zdobywać się na takie zachowania. A nawet gdyby miał, nie byłyby skuteczne. To wszystko prawda. To całkiem logiczne. I tylko jeden problem nie pozwala nam przyjąć tego realpolitycznego wnioskowania: otóż jest to rozumowanie wielkich i silnych tego świata, dla nich wygodne, im służące. Polska, czy tego chce, czy nie, jest państwem słabym i młodym jednocześnie. Im więcej w ostatnim stuleciu było takiej właśnie Realpolitiki, im mocnej dyplomacja kierowała się cynizmem, tym bardziej przegrywaliśmy.

    A wojna rosyjsko-gruzińska była dla Polaków ważna właśnie dlatego, że oznaczała połamanie tego, co możemy nazwać porządkiem postkomunistycznym w naszym regionie. Po rozpadzie Związku Sowieckiego w 1991 r. obowiązywała bowiem zasada, że Rosja może mieć lepsze i gorsze humory, że lubi straszyć, jest oczywiste, iż próbuje wpływać na sytuację wewnętrzną poszczególnych krajów, że jest partnerem trudnym i z trudnością akceptującym wolne wybory krajów z dawnej strefy sowieckiej. Przechodziliśmy przez to, odzyskując niepodległość, wchodząc w 1999 r. do NATO i pięć lat później do Unii Europejskiej. Im bliżej było rosyjskich granic, tym ostrzej te próby przebiegały. Ale było oczywiste, że poza sankcjami politycznymi i gospodarczymi, na więcej pozwolić sobie Rosja nie może. Ale w zeszłym roku w Gruzji ta bariera pękła. Pędzące na Tbilisi rosyjskie zagony pancerne, zajęcie gruzińskiego portu Poti, daleko przekroczyło nawet to, co można by rozumieć – przy najlepszej woli i założeniu agresji ze strony Gruzji – jako ochronę mieszkańców separatystycznych prowincji. Co więcej, dalsze ruchy Moskwy, żądającej uznania niepodległości tych państewek, połamały inną zasadę – nienaruszalności granic byłych republik związkowych, niezależnie jak niesprawiedliwie byłyby postrzegane. W niedawnym wywiadzie dla „Dziennika” profesor Jerzy Pomianowski mówił o tym tak: „Chodzi o doktrynę sformułowaną w 1991 roku w Białowieży. Na szczycie z udziałem prezydentów Jelcyna, Krawczuka oraz prezydenta Białorusi Szuszkiewicza uchwalono nie tylko rozwiązanie Związku Sowieckiego. Ustanowiono także – niezauważoną w istocie przez gros publicystów – klauzulę, która mówiła o nienaruszalności granic nowych państw i zachowaniu ich kształtu z okresu, gdy były one republikami ZSRR. W ten sposób państwa postsowieckie uniknęły losu Jugosławii, owego kotła bałkańskiego, który do dzisiaj pełen jest krwi”.

    Nic więc dziwnego, że przywódców Łotwy, Litwy, Estonii i Ukrainy oblał zimny pot. Nic dziwnego, że wyruszając wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie polskiego samolotu rządowego do Tbilisi, mówili o duchu Monachium, kiedy w 1938 r. Zachód w imię świętego spokoju sprzedał Hitlerowi Czechosłowację. Nic dziwnego, że po powrocie, na lotnisku w Warszawie, jeszcze raz w oficjalnym stanowisku równie ostro podkreślili ten niepokój. Nic dziwnego, że pojawiły się pytania: czy Krym, część Ukrainy, do której Rosjanie roszczą ciche pretensje, będzie następnym polem takiej bitwy? Mniejszości rosyjskich w krajach postsowieckich nie brakuje, preteksty też się znajdą.

    Byłem wtedy na pokładzie tego samolotu i czułem tę atmosferę. Gdy polski Tupolew wylatywał z Warszawy, w Gruzji trwała wojna. Gdy prezydenci dotarli na miejsce, wskutek odmowy lądowania w Tbilisi przez polskiego pilota po wielogodzinnej podróży przez dziurawe drogi Azerbejdżanu obowiązywało kruche zawieszenie broni. Ale atmosfera w Tbilisi była wojenna. Polskiemu obserwatorowi musiało to przypominać relacje o wrześniu 1939 r., kiedy niemieckie wojska wlewały się w granicę Polski. Agresja była brutalnie prawdziwa i jednocześnie nierealistyczna trochę. Jak to możliwe? Czy naga siła znowu rządzi? – pytali też Gruzini. Tak, oto prawdziwa polityka, ta, w której stawką jest istnienie, przypomniała niepodległym krajom o sobie. Przypomniała też Polsce.

    Zadziwiające, jak łatwo gubimy z oczu to główne przesłanie wydarzeń gruzińskich. Bo wszystkie tematy pojawiające się przy okazji – odległość geograficzna Gruzji, pozostawiająca nieco do życzenia jakość demokracji w tym kraju, zarzuty o sprowokowaniu Rosjan – to wszystko są wątki poboczne. Nie ma przecież żadnego znaczenia, jakim przywódcą jest Micheil Saakaszwili. Tak naprawdę nieistotne jest, kto w tym kraju rządzi. Istotą sprawy jest rosyjska agresja na niepodległy kraj, uznany przez wspólnotę międzynarodową. I dlatego reakcja musiała być możliwie najtwardsza.

    Akcja Lecha Kaczyńskiego, błyskawiczne zmontowanie wyprawy do Gruzji, dobrze odpowiadała na zagrożenie. Po pierwsze pokazała, że kraje ościenne Rosji doskonale czują przekroczenie wszelkich norm wzajemnych relacji między państwami świata cywilizowanego. Po drugie mobilizowała europejską opinię publiczną. Po trzecie, przez zapowiedź obecności w Tbilisi utrudniała planowane wymuszenie zmiany władz gruzińskich przez rosyjskie wojska. Po czwarte wreszcie budowała pozycję Polski jako lidera regionu, to prawda, że trochę obok Unii Europejskiej, ale przecież nie wbrew niej.

    Szkoda, że te wnioski spora część polskiej elity politycznej odrzuciła. Zdarzały się też zachowania, które można by uznać za haniebne, jak żarty z prawdziwego zagrożenia, z jakim łączyła się ta wyprawa, ale w swojej istocie świadczące raczej o niezrozumieniu odpowiedzialności za niepodległość Polski, jaka spoczywa na politykach. Nie chodzi też o to, by lekceważyć wysiłki polskiej dyplomacji, w tym udane zbudzenie do działania francuskiej prezydencji przez szefa MSZ Radosława Sikorskiego. Ale trudno nie zauważyć, że wyniki misji prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego zakładały jednak skuteczność użycia przez Rosję siły. Warunki zawieszenia broni sankcjonowały bowiem oderwanie od Gruzji Abchazji i Osetii Południowej.

    I trudno też nie dostrzec, że sygnał ostrzegawczy, jakim była rosyjska agresja, został w Polsce zlekceważony. Sprawę przedstawia się często jako rodzaj niegroźnego hobby prezydenta Kaczyńskiego. A przecież to właśnie tam Rosja testuje, jak daleko może się posunąć w walce o swoje interesy w dawnej strefie postsowieckiej, do której – czy nam się to podoba, czy nie – nas również zalicza. Testuje Waszyngton, Brukselę i każdego ze swoich sąsiadów osobno. Sprawdza spoistość Unii Europejskiej i siłę polskich wpływów. Jeśli to nie jest sprawa dla naszej racji stanu pierwszorzędna, to co nią jest?

    Zresztą, widać tu szerszy problem. To pojawiająca się teza, że polityka się skończyła. Że wejście Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej zdjęło z nas ciężar odpowiedzialności za bezpieczeństwo. A nawet więcej, że pozwala wyłączyć radar ostrzegający o zagrożeniach, pozwala zamknąć oczy na oczywiste alarmy. Nic bardziej błędnego. Nie przypadkiem ani Francja, ani Niemcy tego radaru nie wyłączają. Państwa narodowe, choć bezpieczniejsze dzięki obecności we wspólnotach, jakimi są Unia i NATO, nadal muszą dbać o własne bezpieczeństwa. I robią to z całą mocą. Także na forum Unii, bijąc się o uznanie swoich racji i obaw przez pozostałe państwa.

    Bo w perspektywie historycznej to właśnie ze skuteczności i energii działań podejmowanych na rzecz umocnienia niepodległości i suwerenności są politycy rozliczani. O czym powinniśmy pamiętać zwłaszcza w Polsce, która – licząc od 1918 r. – zapisuje na konto dopiero 40. rok pełnej niepodległości. Zwłaszcza teraz, w przeddzień rocznicy września. I równo 12 miesięcy po wylądowaniu w azerbejdżańskim Gandżi polskiego prezydenta. Sprawa gruzińska to wciąż sprawa Polska.

    Michał Karnowski

  3. [...] W pierwszą rocznicę inwazji Rosji na Gruzję [...]

Dodaj komentarz

XHTML: Możesz skorzystać z tych etykiet: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>